środa, 22 marca 2017

Rozdział I

          Ciągle budzę się nocą wśród chłodu
 Patrząc na cienie wpełzające na ściany 
Sprawiając, że czuję się w sposób, którego nie umiem określić


       Dochodzi pierwsza w nocy, kiedy się przebudzam. Czuję zimne krople potu na swoim czole, pod ciasno zaciśniętymi opuszkami palców czuję przylegający do nich chropowaty materiał płótna materaca. Chcę odliczyć do dziesięciu, przymykając oczy — robiąc to tak, jak robiłam, będąc dzieckiem, kiedy przyśnił mi się koszmar, a za wszelką cenę pragnęłam go odpędzić. Choć dobrze wiem, że zmuszenie się do zaśnięcia będzie zbyt ryzykowne, próbuję. Ku uldze — na daremno.

         Z każdą sekundą przyzwyczajam się do otaczającej mnie rzeczywistości — kątem oka zerkam na moją przyjaciółkę, którą była przynajmniej przed wyjazdem do Centrum. Jej wyraz twarzy wraz z oddechem wydają się być tak spokojne, aż zatęskniłam za snami, które w ten stan by mnie wprowadzały. Momentalnie odwracam wzrok na okno, bezradnie szukając swojej ostatniej deski ratunku, odpychając jednocześnie przypływy narastającej melancholii z każdą minutą w moim sercu.
        – Nie śpisz? – słyszę cichy, aczkolwiek stanowczy szept, więc pospiesznie odwracam głowę w kierunku głosu. W ciemności nie widzę za dobrze, ale pomimo tego, wiem, do kogo należy. Drobna, rudowłosa dziewczyna oddycha spokojnie, podpierając głowę o ścierpniętą rękę, drapiąc się po obojczyku. Wyczekiwała w ciszy mojej odpowiedzi, a ja nadal nieumiejętnie próbowałam znaleźć sens tego, czego przed chwilą byłam świadkiem.
        Skoro Amon został (najprawdopodobniej) zamordowany, to co z królestwem? Czy rzeczywiście upadło, na moich oczach? Najprawdopodobniej zbyt przejęta sobą, nie zauważyłam, że przede mną sypią się tak ważne rzeczy. Pomimo, że to nie należy do moich obowiązków, powinnam o to zadbać. Kolejny przejaw niedorzecznego egoizmu i zapatrzenia się w swoje problemy, które jak zwykle muszą być przecież najważniejsze.
        Zatracając się w swoich rozmyślaniach, nie zauważyłam nawet, kiedy Marilyne postanowiła opuścić swoje ciepłe legowisko. Odsunęłam się delikatnie do ściany, aby zrobić jej miejsce. Rudowłosa odgarnęła trochę kołdrę i usiadła przy mnie, na łóżku. Przyłożyła mi dłoń do czoła, odgarniając parę niesfornych kosmyków z mojego czoła.
     
  — Znowu ci się to śniło...? — szepnęła czule, a ja się mimowolnie wzdrygnęłam. Oczywiście, że codziennie mi się to śni — nie potrafię zmrużyć oka, nie bojąc się, co po tej drugiej stronie się stanie, za jaką zbrodnię będę tym razem odpowiedzialna, za czyją śmierć jestem odpowiedzialna. Co jeszcze dziwniejsze — nie potrafię tego opanować, pozbyć się tego. I to się dzieje naprawdę, wtaczam się w przeszłość, historię — to dlatego jest tak przerażające. Bo wtaczając ważny aspekt w przeszłość, odbija się on na przyszłości.
         Zrezygnowana mruknęłam i pokiwałam lekko głową, czując, jak mój mózg delikatnie sygnalizuje, że ma dość na dzisiaj, chociaż dzień nawet dobrze się nie rozpoczął. Marilyne posłusznie wstała z mojego łóżka, idąc w stronę swojego, przez drogę zerkając za ramię.
       
— Jakby co, to wiesz, że na mnie zawsze możesz polegać — dodała, kładąc się do łóżka. Przykryła się szczelnie kołdrą, po czym znowu na mnie zerknęła i beznamiętnie powiedziała — Dobranoc.
       — Dobranoc — odszepnęłam, mocniej wtulając się w powoli ocieplający się materiał pod moją skórą. Powoi czułam, jak zaczynają mi opadać powieki, chociaż nie był to odpowiedni czas dla zasypiania, gdyż musiałam działać — i to szybko.
      Czy to odpowiedni moment, aby obudzić panią Helenę i powiedzieć jej o tym wszystkim? Może.
      Ale teraz zdecydowanie pragnę tylko jednego.

sobota, 5 listopada 2016

Prolog

       



         Dwójka nieszczęśliwie w sobie zakochanych bohaterów, chociaż przez ludność uważana za zdrajców starożytnego Egiptu, przebywała teraz w sypialni księżniczki. Wojownik, ale nadal dwudziestoletni młodzieniec o imieniu Amon. klęczał u stóp księżniczki, przepełniony żalem i troską. Ta tylko uśmiechnęła się na ten widok smutnie, przykładając swoje splecione dłonie do serca.
        — Byłabym bardzo rad, Amonie, gdybyś wstał... przecież dobrze o tym wiesz, że nie musisz mnie traktować jak kogoś, któremu trzeba oddawać cześć i szacunek. Jestem tylko zdra...
        — Ależ księżniczko — przerwał jej pospiesznie młody mężczyzna, patrząc wzrokiem pełnym bólu na jej twarz, uśmiechając się z poddaniem na widok jakiegokolwiek jej uśmiechu, który był prawie, że nie zauważalny w ostatnim czasie — jesteś dla mnie wszystkim. Jesteś dla mnie esencją wszystkiego, czego pragnąłbym mieć na zawsze. Jesteś dla mnie...
        Nagle usłyszeli wielki huk i krzyki zza drzwi. Służka księżniczki, Tess, szybko zerwała się z łóżka, przerywając spokojne obserwowanie dwójki kochanków, podbiegając do Amona. Pomogła mu wstać, a towarzyszył jej tym niespokojny wzrok księżniczki.
        — O-oni już tu są? — przerażona hałasem dobiegającym na zewnątrz księżniczka wyglądała tak, jakby miała się zaraz rozpłakać — Mieli dopiero zjawić się za godzinę! Och, Amonie... — teraz rzeczywiście płakała, zasłaniając sobie nadal splecionymi dłońmi usta, aby człowiek, który był w niej ponad życie zakochany, nie usłyszał jej żalu jego osobą — Och, Amonie...
        Ten tylko ujął ją ciasno w ramiona, głaszcząc uspokajająco po włosach. Obaj wiedzieli, że nie zdążą już przygotować wojsk. Obaj wiedzieli, że to było ich ostatnie spotkanie i zobaczą się tylko po drugiej stronie tego świata. Obaj wiedzieli, że to koniec.
        Przed zdecydowanym wyjściem egipskiego wojownika, ten skradł jej drobny, pełen pożegnania, ale jednak gdzieś było odczuwać, że ten pocałunek jest wypełniony pasją i oddaniem. Księżniczka delikatnie się zarumieniła, aczkolwiek nie tak wyobrażała sobie ich pierwszego pocałunek, znowu łącząc wszystkie wspomnienia z Amonem w całość, dlatego też rozpłakała się jeszcze bardziej, opadając bezwładnie na jedwabny, królewski dywan dywan. Tess, widząc w takim stanie księżniczkę, chciała do niej podejść, objąć i wyszeptać pocieszające słowa, ale zdecydowała się na rolę cierpliwego obserwatora, co jeszcze bardziej odpowiadało jej osobie, jak i księżniczce. Postanowiła tak, iż dobrze wiedziała, że bardziej uspokajająco podziała na nią cichy szmer jej rozmyśleń dziejących się teraz dzielnie w jej głowie.
       Parę sekund po tym, jak egipska księżniczka usłyszała ogromny, pełen bólu krzyk, a potem głuchą ciszę, oświadczającą czyjąś mękę, postanowiła, że opuści bezpieczny pokój, mknąc w stronę wyjścia, a potem przez długie, niekończące się korytarze pałacu, wpadającym tym samym na niejakiego rzymskiego księcia, Maximusa. Ten zaskoczony jej obecnością młodej kobiety, kazał swoim wojownikom i byłej kochance, narzeczonej o imieniu Bastet, pozostać w bezruchu, a sam się wybrał do czarnowłosej, składając jej na przywitanie zwykłe, aczkolwiek wypełnione szacunkiem skinienie głowy. Ta tylko zacisnęła pięści, siłując się nie rzucić na rzymianina, ponieważ nienawidziła go całym sercem i duszą, gdyż to on miał zabić właśnie jej ukochanego, a jeszcze bardziej nienawidziła jego byłej kochanki, iż z jej rozkazu podobno trzeba było uśmiercić Amona.
       Bez słowa wziął ją za rękę, prowadząc ku wyjściu z zamku. Egipcjanka opierała się jego czynowi tylko przez parę minut, z czasem rozumiejąc, że to i tak jej nic nie da. Kiedy byli już na zewnątrz, ten kazał delikatnie wrzucić ją do środka transportu jego sługom, a sam pomaszerował z tryskającą triumfem Bastet na przód. Wrzucono ją oczywiście z pogardą, ale nikt nie miał zamiaru się tym przejąć. Lovete przez parę godzin cichej i pospiesznej wędrówki poczuła senność i opadające powieki. Czuła przepełniającą jej umysł radość, że zaraz się obudzi w swoim świecie. Ale jeszcze bardziej nie mogła tego znieść, że tam też ją czeka taka sama niesprawiedliwość, jaką odczuwała dotychczas, będąc nieplanowanie posiadaczką wisiorka, który czynił z niej egipską księżniczkę.